Zygmunt Lisiecki – „O wybitnym polskim defensorze Bogdanie Niedziałkowskim” (część pierwsza)


Powrót

Aktualności


Zygmunt Lisiecki – „O wybitnym polskim defensorze Bogdanie Niedziałkowskim” (część pierwsza)

Zygmunt Lisiecki – „O wybitnym polskim defensorze Bogdanie Niedziałkowskim” (część pierwsza)

Bogdan Niedziałkowski

Informacje zamieszczane dotychczas na naszej stronie internetowej były tą częścią historii tenisa stołowego, która skupia się na informacjach o rozgrywkach, meczach, turniejach i ich wynikach. Zawierały kalendarze imprez, regulaminy, terminarze rozgrywek drużynowych. Sport nie jest jednak tylko rywalizacją fizyczną.  Ma swoje, kształtujące go, tło społeczne, obyczajowe i ekonomiczne.  Za liczbami i wynikami stoją wspaniali, niezwykli zawodnicy, którzy tworzą historię sportu. Powstał więc problem w jaki sposób pogłębić przekazywane przez nas informacje. Nadać im bardziej humanistyczny charakter. Problem pomógł rozwiązać p. Zygmunt Lisiecki, autor historycznych artykułów o wybitnych a często zapomnianych tenisistach stołowych, który wyraził zgodę na ich publikację na naszej stronie – za co serdecznie dziękujemy.

Opracowania te ukazują sportowców jako ludzi zmagającymi się z ograniczeniami swoich czasów – brakiem zaplecza, warunkami ekonomicznymi. Są opowieścią o determinacji, pasji i konsekwencji w dążeniu do celu. Publikacje te opierają się na materiałach archiwalnych, relacjach samych bohaterów i świadków, a także trudno dostępnych dokumentach, które bez opracowania i utrwalenia uległyby zapomnieniu i zniszczeniu. Autor pełni w tym procesie rolę badacza i kustosza pamięci, porządkującego rozproszone fakty  i nadającego im spójną narrację. Wyrażamy przekonanie, że tego rodzaju artykuły wzmacniają poczucie ciągłości, szacunku dla przeszłości i odpowiedzialności za przyszłość naszej dyscypliny.

Na początek wybraliśmy pierwszą część z trzyczęściowego artykułu – opowieść o Bogdanie Niedziałkowski, który po Andrzeju Grubbie i Leszku Kucharskim, a razem z Magdaleną Skuratowicz-Kucharską należał do wielkiej czwórki pomorskiego tenisa stołowego.

Poniższy wywiad z p. Zygmuntem Lisieckim uzupełnia powyższy tekst, odsłaniając  subtelną osobowość autora i jego związki z tenisem stołowym.

                                                                                                          Redakcja

 

Wywiad Ryszarda Weisbrodta z Zygmuntem Lisieckim,
autorem historycznych artykułów o wybitnych tenisistach stołowych związanych z Pomorzem.

Jak i kiedy nastąpiło Pana zetknięcie z tenisem stołowym?

Mieszkaliśmy w Lęborku w służbowym domku przy ulicy Różyckiego, położonym tuż przy Liceum Pedagogicznym, którego ojciec był dyrektorem. W największym pokoju był składany stół, przeznaczony na większe uroczystości. Po rozłożeniu miał imponujące rozmiary. Jako najmłodszy z rodzeństwa przyglądałem się jak obaj bracia i siostra założyli, któregoś dnia siateczkę i zaczęli grać. Po chwili dołączyłem do nich. Odbicia i opanowywanie piłeczki było intrygującą przyjemnością. Wkrótce przechadzając się między regałami szkolnej biblioteki natknąłem się na skromną książeczkę Ryszarda Jodłowskiego „Ping pong”. Jej pierwsze wydanie było jeszcze przedwojenne. Pisana archaicznym językiem, miała tę zaletę, że autor przedstawił w ujęciu graficznym zachowanie piłeczki w zależności od nadanej jej rotacji. Kąty padania, odbicia i dalszy lot piłeczki. To była wskazówka do elementarnego myślenia przy grze, gdy jako uczeń Szkoły Ćwiczeń przy LP podchodziłem do stołu ustawionego na szkolnym korytarzu. Miałem wtedy osiem lat.

Jakie cechy tej dyscypliny sportu miały wtedy dla Pana decydujące znaczenie?

Możemy tutaj mówić bardziej o odczuciach niż o wyrazistym wartościowaniu. A więc dyscyplina dawała przede wszystkim radość z uczestniczenia w tak technicznym misterium. Cieszyła nieograniczonymi możliwościami doskonalenia się grającego i natychmiastowymi efektami poprawy jakości gry w postaci punktów. Była bezkontaktowa i z natury szlachetna.

Miał Pan okres gry zawodniczej – jakie cechy zawodnika są decydujące podczas rozgrywania pojedynków?

Najważniejsza jest koncentracja sprzęgnięta z wolą walki do końca. Mówię też tak dlatego, że kiedyś w mistrzostwach powiatu lęborskiego juniorów przegrywałem w finale, w trzecim decydującym secie 11:19 – po wcześniejszej zapowiedzi, że wygram ten turniej. Wokół stołu było wielu widzów, w mojej percepcji byli nieupostaciowaną szarą ścianą. Takiej koncentracji nie osiągnąłem chyba już nigdy. Wygrałem 21:19

W jakich okolicznościach podjął Pan decyzję o zakończeniu kariery zawodniczej?

Po maturze wyjechałem do Torunia. Uniwersyteckie studia filologiczne na pierwszych latach były bardzo obciążające. Dopiero później urządziliśmy w piwnicy DS 7 salkę treningową. Jako mieszkańcy mieliśmy do niej całodobowy nieograniczony dostęp. Trenowaliśmy dwa, a okresowo trzy razy dziennie. Czułem, że sportowo idę w dobrą stronę. Okazjonalnie wystąpiłem w Wojewódzkich Igrzyskach Młodzieży Robotniczej. Byłem trzeci. W półfinale przegrałem po morderczym pojedynku 2:3 z defensorem Celejowskim z Konradii Gdańsk. Po powrocie do Lęborka, z braku zainteresowania miejscowych decydentów, założyłem sekcję w pobliskim Zenicie Godętowo, gdzie byłem grającym trenerem. Rozpoczęliśmy występy w gdańskiej klasie A. Przegraliśmy tylko z AZS UG – perspektywy były bardzo dobre. Od stycznia 1975 roku, nieoczekiwanie ( bo zapewniono mnie, że jestem przeniesiony do rezerwy) zostałem wcielony do rocznej Szkoły Oficerów Rezerwy. W Elblągu reprezentowałem Ośrodek Szkolenia Wojsk Lądowych w lokalnych rozgrywkach. Pamiętam pojedynki z Pyką i Piaseckim. Trenowałem w Drużnie Elbląg. Po roku postawiłem wszystko na jedną kartę.
Po rozmowie z trenerem Zygmuntem Kulaskiem, przeniosłem się w 1976 roku do Słupska i rozpocząłem treningi w AZS-ie Słupsk. Miałem otrzymać pracę w czytelni WSP i to był bardzo dobry wariant. Wszystko na miejscu i wielka szansa na sportowy rozwój. Nastąpiła jednak blokada etatów. Musiałem podjąć jedyną dostępną pracę – w szkole podstawowej. Przytłoczony ilością godzin i realiami pracy polonisty nie miałem już siły na wyczynowy trening. Los mi nie sprzyjał. Wróciłem do Lęborka. Tym razem władze zgodziły się na założenie sekcji tenisa stołowego w lęborskiej Pogoni. Powstała 15 października 1976 roku. Zostałem trenerem i poświęciłem się całkowicie pracy z bardzo młodymi zawodnikami.

Został Pan trenerem, proszę przybliżyć ten okres.

Trenerem głównym sekcji byłem od 15 października 1976 roku do końca sezonu 1996/97. Gdy prezesi mnie zatrudniali padło pytanie: chcecie trenować dwa razy w tygodniu? Odpowiedziałem, że codziennie, także w niemeczowe niedziele. Popatrzyli na siebie, potem dość wymownie na mnie. I w tym właśnie trybie wyruszyliśmy w marsz ku ekstraklasie. Kiedy przekazałem inspektorowi szkolnemu, że w dziesiątym sezonie startów wejdziemy do ekstraklasy, poprzez B klasę, A klasę, ligę międzywojewódzką i centralną II ligę – zapytał łagodnie: i pan w to wierzy panie Zygmuncie? Awans do najwyższej klasy rozgrywkowej uzyskaliśmy w roku 1985, w dziewiątym sezonie startów, a w sezonie 1996/97 zostaliśmy drużynowymi wicemistrzami Polski. Wtedy przekazałem zespół młodszym następcom.

Do tej pory związany jest Pan z Pogonią Lębork – małą ojczyzną tenisa stołowego. Co charakteryzuje tę ojczyznę? Jak Pan ją wspiera?

Ojcami założycielami lęborskiego tenisa stołowego poprzez stworzenie tradycji byli: Robert Zych, Ryszard Staszewski i jako organizator turniejów popularyzujących dyscyplinę – przewodniczący PKKFiT Bogusław Wołocznik. Chęć pokonania ich mobilizowała nas młodych, a korzystał na tym poziom sportowy. Kiedy graliśmy baraż o ekstraklasę i później ligowe biletowane mecze w auli Zespołu Szkół Mechanicznych, mieliśmy za sobą całe miasto. Było widowisko i były komplety publiczności. Teraz jest inaczej. Świat zmienił się. Pogoń balansuje między Superligą, a I ligą. Wyznacznikiem pozycji w wyczynie stały się pieniądze. Aktualnie gramy w I lidze, skupiamy się też na odtworzeniu szkolenia młodych adeptów. Nadal jestem członkiem zarządu sekcji tenisa stołowego. Do tego roku byłem spikerem na ligowych meczach. Ponieważ mieszkam w mieście od 1953 roku, łatwiej jest mi uruchomić swoje kontakty, także w sprawach finansowych. Staram się też na bieżąco pomagać wiceprezesowi Zarządu LKS Pogoń Wojciechowi Potrykusowi w rozwiązywaniu problemów.

Jest Pan obserwatorem i analitykiem naszej dyscypliny sportu. Ma ona wielu praktykujących uczestników, ale trudniej obecnie ją oglądać. A to, gdy zabrakło sukcesów Grubby i Kucharskiego, powoduje, że słabo przyciąga młodych adeptów. Czy podziela Pan tę opinię?

Tak, tenis stołowy w wydaniu Secretina, Grubby, czy Kucharskiego zawierał w sobie element rozegrania akcji. W tym tkwiło piękno i magnes przyciągający ludzi. Gdy wiele akcji kończy się na serwisie lub w drugim, trzecim tempie, to dyscyplina zostaje z tego piękna odarta. Rządzi biznes okołotenisowy i trudno wymóc zmiany. Należałoby ograniczyć rolę serwisu, przez np. dopuszczenie tylko bekhendowego i ograniczyć efekt katapultowy przez zlimitowanie grubości podkładu w okładzinach.

W jakich okolicznościach postanowił Pan zacząć opisywać sylwetki naszych wybitnych zawodników?

W kręgu sympatyków lęborskiego tenisa stołowego zadecydowano, że powinna powstać nowa strona facebookowa. Prowadząca ją Magda Jasińska zwróciła się do mnie z prośbą o coś innego niż bieżące informacje. O dłuższe teksty historyczne. Nie odmówiłem.

Opracowanie i napisanie artykułu to ogromna praca. Brakuje innych publikacji, dokumentacji wyników itp. A jednak przypomina Pan wiele szczegółów z przeszłości. Dzięki temu nie znikną i nie będą zapomniane. Proszę powiedzieć coś o swoim warsztacie.

Źródłami faktograficznymi są: zdigitalizowane roczniki czasopism, roczniki papierowe, czasem dostępne w nielicznych czytelniach bibliotecznych, relacje ustne żyjących uczestników zdarzeń, zachowane kroniki rodzinne i szkolne, publikacje dr Wiesława Pięty dotyczące tenisa stołowego, materiały ikonograficzne (zwykle przekazane mi fotografie, reprodukowane zdjęcia już opublikowane, zdjęcia wykonane specjalnie do artykułu), także własna pamięć. Pracujemy w zespole; ja odpowiadam za zgromadzenie materiału i tekst. Cała strona techniczna, włącznie z opracowaniem materiału fotograficznego należy do Leszka Buchowskiego. Staram się, o ile to możliwe, weryfikować fakty w oparciu o kilka źródeł.

Na koniec proszę podać kilka szczegółów powstania trzyczęściowego artykułu o Bogdanie Niedziałkowskim. Po Andrzeju i Leszku, a razem z Magdaleną Skuratowicz-Kucharską należał on, moim zdaniem, do wielkiej czwórki pomorskiego tenisa stołowego. Dwaj pierwsi to zarazem czołówka światowa, a Bogdan i Magdalena – krajowa.

Gra Bogdana zafascynowała mnie od czasu, gdy obejrzałem go w Gdyni w meczu I ligi z AZS-em Gliwice, a później w trakcie jednego z trójmiejskich turniejów. Nie zdradzając emocji bronił nieprawdopodobne piłki, trzymał piłkę na stole, a wszystko przy niebywałej ekonomice ruchów. Jak powiedział Gerard Bartosik, to była poezja. Postanowiłem o nim napisać. Na początku nie miałem nic. Potem było wertowanie Głosu Wybrzeża, Dziennika Bałtyckiego, Przeglądu Sportowego, kilka rozmów telefonicznych z Bogdanem. Nikt nie miał jakichkolwiek jego zdjęć. Przełom nastąpił, gdy dwukrotnie spotkaliśmy się w gdyńskiej kawiarni. Mnóstwo pytań i utrwalanych na dyktafonie odpowiedzi. A przede wszystkim Bogdan przekazał mi płytkę z ilustrowanym, ale niedokończonym, zarysem kroniki gdyńskiego tenisa stołowego sporządzonym przez Henryka Pestkę. Po pewnym czasie dołączył swoje zdjęcie, otrzymane niegdyś od Ryszarda Weisbrodta. Moja wiedza stawała się kompletna, były też już zdjęcia. Mogłem pisać…

Zapraszamy do lektury📖👇

 

więcej

Nadchodzące wydarzenia:

  • sob
    17
    Sty
    2026

    2 LM (10. kolejka)

    (kluby)
  • sob
    17
    Sty
    2026

    1 liga kobiet i mężczyzn (10. kolejka)

    (kluby)
  • sob
    17
    Sty
    2026
    nie
    18
    Sty
    2026

    5. Grand Prix Polski Masters

    Stężyca