Zygmunt Lisiecki – „O wybitnym polskim defensorze Bogdanie Niedziałkowskim” (część pierwsza)


Powrót

Aktualności


Zygmunt Lisiecki – „O wybitnym polskim defensorze Bogdanie Niedziałkowskim” (część pierwsza)

Zygmunt Lisiecki – „O wybitnym polskim defensorze Bogdanie Niedziałkowskim” (część pierwsza)

Bogdan Niedziałkowski. Źródło: zbiory B. Niedziałkowskiego.

Informacje zamieszczane dotychczas na naszej stronie internetowej były tą częścią historii tenisa stołowego, która skupia się na informacjach o rozgrywkach, meczach, turniejach i ich wynikach. Zawierały kalendarze imprez, regulaminy, terminarze rozgrywek drużynowych. Sport nie jest jednak tylko rywalizacją fizyczną.  Ma swoje, kształtujące go, tło społeczne, obyczajowe i ekonomiczne.  Za liczbami i wynikami stoją wspaniali, niezwykli zawodnicy, którzy tworzą historię sportu. Powstał więc problem w jaki sposób pogłębić przekazywane przez nas informacje. Nadać im bardziej humanistyczny charakter. Problem pomógł rozwiązać p. Zygmunt Lisiecki, autor historycznych artykułów o wybitnych a często zapomnianych tenisistach stołowych, który wyraził zgodę na ich publikację na naszej stronie – za co serdecznie dziękujemy.

Opracowania te ukazują sportowców jako ludzi zmagającymi się z ograniczeniami swoich czasów – brakiem zaplecza, warunkami ekonomicznymi. Są opowieścią o determinacji, pasji i konsekwencji w dążeniu do celu. Publikacje te opierają się na materiałach archiwalnych, relacjach samych bohaterów i świadków, a także trudno dostępnych dokumentach, które bez opracowania i utrwalenia uległyby zapomnieniu i zniszczeniu. Autor pełni w tym procesie rolę badacza i kustosza pamięci, porządkującego rozproszone fakty  i nadającego im spójną narrację. Wyrażamy przekonanie, że tego rodzaju artykuły wzmacniają poczucie ciągłości, szacunku dla przeszłości i odpowiedzialności za przyszłość naszej dyscypliny.

Na początek wybraliśmy pierwszą część z trzyczęściowego artykułu – opowieść o Bogdanie Niedziałkowski, który po Andrzeju Grubbie i Leszku Kucharskim, a razem z Magdaleną Skuratowicz-Kucharską należał do wielkiej czwórki pomorskiego tenisa stołowego.

Poniższy wywiad z p. Zygmuntem Lisieckim uzupełnia powyższy tekst, odsłaniając  subtelną osobowość autora i jego związki z tenisem stołowym.

                                                                                                          Redakcja

 

Wywiad Ryszarda Weisbrodta z Zygmuntem Lisieckim,
autorem historycznych artykułów o wybitnych tenisistach stołowych związanych z Pomorzem.

Jak i kiedy nastąpiło Pana zetknięcie z tenisem stołowym?

Mieszkaliśmy w Lęborku w służbowym domku przy ulicy Różyckiego, położonym tuż przy Liceum Pedagogicznym, którego ojciec był dyrektorem. W największym pokoju był składany stół, przeznaczony na większe uroczystości. Po rozłożeniu miał imponujące rozmiary. Jako najmłodszy z rodzeństwa przyglądałem się jak obaj bracia i siostra założyli, któregoś dnia siateczkę i zaczęli grać. Po chwili dołączyłem do nich. Odbicia i opanowywanie piłeczki było intrygującą przyjemnością. Wkrótce przechadzając się między regałami szkolnej biblioteki natknąłem się na skromną książeczkę Ryszarda Jodłowskiego „Ping pong”. Jej pierwsze wydanie było jeszcze przedwojenne. Pisana archaicznym językiem, miała tę zaletę, że autor przedstawił w ujęciu graficznym zachowanie piłeczki w zależności od nadanej jej rotacji. Kąty padania, odbicia i dalszy lot piłeczki. To była wskazówka do elementarnego myślenia przy grze, gdy jako uczeń Szkoły Ćwiczeń przy LP podchodziłem do stołu ustawionego na szkolnym korytarzu. Miałem wtedy osiem lat.

Jakie cechy tej dyscypliny sportu miały wtedy dla Pana decydujące znaczenie?

Możemy tutaj mówić bardziej o odczuciach niż o wyrazistym wartościowaniu. A więc dyscyplina dawała przede wszystkim radość z uczestniczenia w tak technicznym misterium. Cieszyła nieograniczonymi możliwościami doskonalenia się grającego i natychmiastowymi efektami poprawy jakości gry w postaci punktów. Była bezkontaktowa i z natury szlachetna.

Miał Pan okres gry zawodniczej – jakie cechy zawodnika są decydujące podczas rozgrywania pojedynków?

Najważniejsza jest koncentracja sprzęgnięta z wolą walki do końca. Mówię też tak dlatego, że kiedyś w mistrzostwach powiatu lęborskiego juniorów przegrywałem w finale, w trzecim decydującym secie 11:19 – po wcześniejszej zapowiedzi, że wygram ten turniej. Wokół stołu było wielu widzów, w mojej percepcji byli nieupostaciowaną szarą ścianą. Takiej koncentracji nie osiągnąłem chyba już nigdy. Wygrałem 21:19

W jakich okolicznościach podjął Pan decyzję o zakończeniu kariery zawodniczej?

Po maturze wyjechałem do Torunia. Uniwersyteckie studia filologiczne na pierwszych latach były bardzo obciążające. Dopiero później urządziliśmy w piwnicy DS 7 salkę treningową. Jako mieszkańcy mieliśmy do niej całodobowy nieograniczony dostęp. Trenowaliśmy dwa, a okresowo trzy razy dziennie. Czułem, że sportowo idę w dobrą stronę. Okazjonalnie wystąpiłem w Wojewódzkich Igrzyskach Młodzieży Robotniczej. Byłem trzeci. W półfinale przegrałem po morderczym pojedynku 2:3 z defensorem Celejowskim z Konradii Gdańsk. Po powrocie do Lęborka, z braku zainteresowania miejscowych decydentów, założyłem sekcję w pobliskim Zenicie Godętowo, gdzie byłem grającym trenerem. Rozpoczęliśmy występy w gdańskiej klasie A. Przegraliśmy tylko z AZS UG – perspektywy były bardzo dobre. Od stycznia 1975 roku, nieoczekiwanie ( bo zapewniono mnie, że jestem przeniesiony do rezerwy) zostałem wcielony do rocznej Szkoły Oficerów Rezerwy. W Elblągu reprezentowałem Ośrodek Szkolenia Wojsk Lądowych w lokalnych rozgrywkach. Pamiętam pojedynki z Pyką i Piaseckim. Trenowałem w Drużnie Elbląg. Po roku postawiłem wszystko na jedną kartę.
Po rozmowie z trenerem Zygmuntem Kulaskiem, przeniosłem się w 1976 roku do Słupska i rozpocząłem treningi w AZS-ie Słupsk. Miałem otrzymać pracę w czytelni WSP i to był bardzo dobry wariant. Wszystko na miejscu i wielka szansa na sportowy rozwój. Nastąpiła jednak blokada etatów. Musiałem podjąć jedyną dostępną pracę – w szkole podstawowej. Przytłoczony ilością godzin i realiami pracy polonisty nie miałem już siły na wyczynowy trening. Los mi nie sprzyjał. Wróciłem do Lęborka. Tym razem władze zgodziły się na założenie sekcji tenisa stołowego w lęborskiej Pogoni. Powstała 15 października 1976 roku. Zostałem trenerem i poświęciłem się całkowicie pracy z bardzo młodymi zawodnikami.

Został Pan trenerem, proszę przybliżyć ten okres.

Trenerem głównym sekcji byłem od 15 października 1976 roku do końca sezonu 1996/97. Gdy prezesi mnie zatrudniali padło pytanie: chcecie trenować dwa razy w tygodniu? Odpowiedziałem, że codziennie, także w niemeczowe niedziele. Popatrzyli na siebie, potem dość wymownie na mnie. I w tym właśnie trybie wyruszyliśmy w marsz ku ekstraklasie. Kiedy przekazałem inspektorowi szkolnemu, że w dziesiątym sezonie startów wejdziemy do ekstraklasy, poprzez B klasę, A klasę, ligę międzywojewódzką i centralną II ligę – zapytał łagodnie: i pan w to wierzy panie Zygmuncie? Awans do najwyższej klasy rozgrywkowej uzyskaliśmy w roku 1985, w dziewiątym sezonie startów, a w sezonie 1996/97 zostaliśmy drużynowymi wicemistrzami Polski. Wtedy przekazałem zespół młodszym następcom.

Do tej pory związany jest Pan z Pogonią Lębork – małą ojczyzną tenisa stołowego. Co charakteryzuje tę ojczyznę? Jak Pan ją wspiera?

Ojcami założycielami lęborskiego tenisa stołowego poprzez stworzenie tradycji byli: Robert Zych, Ryszard Staszewski i jako organizator turniejów popularyzujących dyscyplinę – przewodniczący PKKFiT Bogusław Wołocznik. Chęć pokonania ich mobilizowała nas młodych, a korzystał na tym poziom sportowy. Kiedy graliśmy baraż o ekstraklasę i później ligowe biletowane mecze w auli Zespołu Szkół Mechanicznych, mieliśmy za sobą całe miasto. Było widowisko i były komplety publiczności. Teraz jest inaczej. Świat zmienił się. Pogoń balansuje między Superligą, a I ligą. Wyznacznikiem pozycji w wyczynie stały się pieniądze. Aktualnie gramy w I lidze, skupiamy się też na odtworzeniu szkolenia młodych adeptów. Nadal jestem członkiem zarządu sekcji tenisa stołowego. Do tego roku byłem spikerem na ligowych meczach. Ponieważ mieszkam w mieście od 1953 roku, łatwiej jest mi uruchomić swoje kontakty, także w sprawach finansowych. Staram się też na bieżąco pomagać wiceprezesowi Zarządu LKS Pogoń Wojciechowi Potrykusowi w rozwiązywaniu problemów.

Jest Pan obserwatorem i analitykiem naszej dyscypliny sportu. Ma ona wielu praktykujących uczestników, ale trudniej obecnie ją oglądać. A to, gdy zabrakło sukcesów Grubby i Kucharskiego, powoduje, że słabo przyciąga młodych adeptów. Czy podziela Pan tę opinię?

Tak, tenis stołowy w wydaniu Secretina, Grubby, czy Kucharskiego zawierał w sobie element rozegrania akcji. W tym tkwiło piękno i magnes przyciągający ludzi. Gdy wiele akcji kończy się na serwisie lub w drugim, trzecim tempie, to dyscyplina zostaje z tego piękna odarta. Rządzi biznes okołotenisowy i trudno wymóc zmiany. Należałoby ograniczyć rolę serwisu, przez np. dopuszczenie tylko bekhendowego i ograniczyć efekt katapultowy przez zlimitowanie grubości podkładu w okładzinach.

W jakich okolicznościach postanowił Pan zacząć opisywać sylwetki naszych wybitnych zawodników?

W kręgu sympatyków lęborskiego tenisa stołowego zadecydowano, że powinna powstać nowa strona facebookowa. Prowadząca ją Magda Jasińska zwróciła się do mnie z prośbą o coś innego niż bieżące informacje. O dłuższe teksty historyczne. Nie odmówiłem.

Opracowanie i napisanie artykułu to ogromna praca. Brakuje innych publikacji, dokumentacji wyników itp. A jednak przypomina Pan wiele szczegółów z przeszłości. Dzięki temu nie znikną i nie będą zapomniane. Proszę powiedzieć coś o swoim warsztacie.

Źródłami faktograficznymi są: zdigitalizowane roczniki czasopism, roczniki papierowe, czasem dostępne w nielicznych czytelniach bibliotecznych, relacje ustne żyjących uczestników zdarzeń, zachowane kroniki rodzinne i szkolne, publikacje dr Wiesława Pięty dotyczące tenisa stołowego, materiały ikonograficzne (zwykle przekazane mi fotografie, reprodukowane zdjęcia już opublikowane, zdjęcia wykonane specjalnie do artykułu), także własna pamięć. Pracujemy w zespole; ja odpowiadam za zgromadzenie materiału i tekst. Cała strona techniczna, włącznie z opracowaniem materiału fotograficznego należy do Leszka Buchowskiego. Staram się, o ile to możliwe, weryfikować fakty w oparciu o kilka źródeł.

Na koniec proszę podać kilka szczegółów powstania trzyczęściowego artykułu o Bogdanie Niedziałkowskim. Po Andrzeju i Leszku, a razem z Magdaleną Skuratowicz-Kucharską należał on, moim zdaniem, do wielkiej czwórki pomorskiego tenisa stołowego. Dwaj pierwsi to zarazem czołówka światowa, a Bogdan i Magdalena – krajowa.

Gra Bogdana zafascynowała mnie od czasu, gdy obejrzałem go w Gdyni w meczu I ligi z AZS-em Gliwice, a później w trakcie jednego z trójmiejskich turniejów. Nie zdradzając emocji bronił nieprawdopodobne piłki, trzymał piłkę na stole, a wszystko przy niebywałej ekonomice ruchów. Jak powiedział Gerard Bartosik, to była poezja. Postanowiłem o nim napisać. Na początku nie miałem nic. Potem było wertowanie Głosu Wybrzeża, Dziennika Bałtyckiego, Przeglądu Sportowego, kilka rozmów telefonicznych z Bogdanem. Nikt nie miał jakichkolwiek jego zdjęć. Przełom nastąpił, gdy dwukrotnie spotkaliśmy się w gdyńskiej kawiarni. Mnóstwo pytań i utrwalanych na dyktafonie odpowiedzi. A przede wszystkim Bogdan przekazał mi płytkę z ilustrowanym, ale niedokończonym, zarysem kroniki gdyńskiego tenisa stołowego sporządzonym przez Henryka Pestkę. Po pewnym czasie dołączył swoje zdjęcie, otrzymane niegdyś od Ryszarda Weisbrodta. Moja wiedza stawała się kompletna, były też już zdjęcia. Mogłem pisać…

Zapraszamy do lektury📖👇

Z kamienną twarzą odbierał, czy mówiąc slangowo „łapał”, najtrudniejsze piłki🏓.

 

Barak Yacht Klubu Stal w Gdyni. Miejsce pierwszych wspólnych treningów Jana Gruby i Bogdana Niedziałkowskiego. Źródło: ykstal.org.pl/historia/.

Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Sala Startu Gdynia przy ul. Bema. Mecz miejscowych z AZS-em Gliwice. Gliwiczanin Kornel Kubaczka długo przygotowuje atak. Wreszcie łapie właściwy moment. Wychodzi z przebicia uderzeniem kończącym, kierowanym centralnie na korpus przeciwnika. Ograniczającym możliwość obrony i tak bardzo nielubianym przez defensorów. To musi się udać. Zawodnik gospodarzy dokonuje jednak rzeczy nieprawdopodobnej. Po jego , ekwilibrystycznym balansie ciałem i bekhendowej obronie podcięciem, piłka wraca. Akcja trwa. Trwa też we mnie jej wspomnienie i chęć przybliżenia sylwetki, grającego tak wspaniały tenis zawodnika gospodarzy – Bogdana Niedziałkowskiego. Czas zaciera fakty, zdarzenia. A może jednak…

Jan Gruba. Źródło: H. Pestka, Gdyński tenis stołowy 1938 – 2005.Niedokończony i niepublikowany zarys kroniki.

Rok 1951, grupka szóstoklasistów ze Szkoły Podstawowej nr 18, mieszczącej się przy ówczesnej ul. Czołgistów w Gdyni, ma dylemat: pozostać na ostatniej lekcji, czy wybrać się nad morze. Dzień jest pogodny, więc wybór jest oczywisty. Gdy znajdą się w pobliżu basenu żeglarskiego im. Gen. Mariusza Zaruskiego, usłyszą dźwięk pingpongowej piłeczki. W salce Yacht Klubu Stal trenuje właśnie Jan Gruba. Urodzony 10 kwietnia 1931 roku Gruba jest zawodnikiem już dość znanym w środowisku tenisa stołowego. Ma w sobie też „gen” organizatora. Gdziekolwiek się pojawi – ożywa i rozwija się tenis stołowy. Pierwsza jest gdyńska YMCA. Dzięki staraniom młodziutkiego Janka powstaje w niej koło tenisa stołowego. Rozpoczyna juniorskie starty. Później krótki epizod gry w Ogniwie Gdynia. Gdy w 1950 roku podejmuje pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, oczywiste jest, że zaszczepi pingpong i tam. Dzięki jego staraniom w 1951 roku w przyzakładowej Stali powstaje sekcja tenisa stołowego. Zawodnicy doskonalą swoje umiejętności na jednym stole w baraku wspomnianego Yacht Klubu. I tam właśnie dojdzie do spotkania trzynastoletniego Niedziałkowskiego ze starszym o siedem lat Grubą. Będzie to miało dla obu, ale i dla gdyńskiego sportu, dobre następstwa. Gruba wkrótce pozna smutną historię dzieciństwa chłopca.- Przed wojną prężnie rozwijająca się portowa Gdynia była dla wielu osób nadzieją na lepsze życie. Z Mławy przyjeżdża Antoni Niedziałkowski, z Sosnowca Jadwiga Fularska. Poznają się, zawierają związek małżeński, 30 kwietnia 1938 roku rodzi się Bogdan. Uderzenie niemieckie na Polskę we wrześniu 1939 roku miażdży rodzinne szczęście. Ojciec ginie 28 września tego roku jako zmobilizowany do obrony Oksywia marynarz. Brunatny ordung jest bezlitosny – matka z błahego powodu umieszczona zostaje w Konzentrationslager Stutthof. Wyjdzie stamtąd z ranami, zrujnowanym zdrowiem i umrze w 1966 roku, w wieku zaledwie 52 lat. Bogdan przez cały czas pomaga jej, ale i sam potrzebuje oparcia, idei, która poprowadzi go przez życie. Zaczyna systematyczne treningi z Grubą. W tenisie stołowym znajdzie „dzieło dla rąk” na wiele lat, a oparcie duchowe w Grubie, który stanie się jego trenerem i będzie starał się zastąpić mu ojca . Ich losy splotą się. Obaj rozwijają się zawodowo i sportowo, a Gruba także jako szkoleniowiec. Uzyskuje uprawnienia instruktora, później zostaje wiceprezesem GOZTS ds. szkoleniowych, a następnie członkiem wydziału szkolenia PZTS. Będzie jednym z trenerów reprezentacji Polski na mistrzostwa świata w Pradze w 1963 roku. W Stoczni dochodzi do stanowiska kierownika działu wyposażenia i kontroli, kierując pracą dwudziestu ludzi. Niedziałkowski, natomiast, opiekujący się schorowaną matką, rozumie, że powinien szybko podjąć pracę. Po szkole podstawowej wybiera więc Zasadniczą Szkołę Budowy Okrętów, mieszczącą się tuż przy Stoczni. Jej uczniowie mają przepustki i teraz codziennie widzi się ze swoim mentorem na śniadaniu w barze mlecznym na terenie zakładu. Po ukończeniu ZSBO zatrudni się w gdyńskich firmach poligraficznych: Firmoznaku, a po jego likwidacji w Spółdzielni Pracy Nowator. Kończy wieczorowo Technikum Ekonomiczne. Obaj przez całą karierę sportową uczą się, albo pracują. Są amatorami, jednak nie rezygnują ze śmiałych dążeń. Niedziałkowski, mimo młodego wieku, do pracy treningowej wnosi już nie tylko talent – co szybko zauważa Gruba – ale też cechy charakteru istotne dla klasycznego obrońcy, na jakiego się od początku zarysowuje. Henryk Pestka tak napisze o nim po latach :”Człowiek bardzo zrównoważony, pracowity, sumienny, ambitny i skromny”. W początku lat 50. Gruba szuka drogi realizacji sportowych ambicji. W rozgrywkach drużynowych ich spełnieniem byłby, w zależności od sezonu, awans do puli finałowej rozgrywek o drużynowe mistrzostwo Polski, lub awans do Ligi Tenisa Stołowego – okresowo najwyższej i jedynej ligi w pingpongowych rozgrywkach. Bowiem system wyłaniania najlepszej polskiej drużyny zmienia się. Na szczeblu okręgu prowadzone są rozgrywki klasy A i klasy okręgowej.

Odznaka Zrzeszenia Sportowego Start z lat 50.

Nie ma jeszcze ligi międzywojewódzkiej, ani II ligi. Droga do sukcesu prowadzi poprzez zajęcie pierwszego lub drugiego miejsca w klasie okręgowej i udział w dość rozbudowanych rozgrywkach – wyłaniających mistrza Polski. Gruba próbował już awansować ze Stalą Gdynia – bezskutecznie. Nie rezygnuje. Wkrótce pojawi się kolejna szansa. W roku 1949 Biuro Polityczne KC PZPR swoją uchwałą przeorganizowało polski sport w duchu kolektywistycznym. Stan ten trwał aż do odwilży, a zakończył się ostatecznie w 1957 roku. Decyzją partyjną związki sportowe zastąpiono sekcjami ds. poszczególnych dyscyplin, funcjonującymi – na szczeblu centralnym – w strukturach GKKF, a na poziomie okręgów, w WKKF. Kluby sportowe stały się kołami bez osobowości prawnej, wcielonymi w sieć powstałych, branżowych i specjalnych zrzeszeń sportowych. Obowiązkowo musiały używać nazwy swojego zrzeszenia. W polskim sporcie zaroi się więc od „Kolejarzy”,”Budowlanych”,”Stali”,”Wókniarzy, Spart i.t.p. Gdy w jednym mieście funkcjonuje kilka kół o identycznej nazwie – by uniknąć swego rodzaju anonimowości – dodaje się często nazwę zakładu patronackiego lub dzielnicy, w której działają. W takich realiach powołano w grudniu 1952 roku Zrzeszenie Sportowe „Start”, powiązane ze spółdzielczością i środowiskiem rzemieślniczym,. W 1953 roku, powstaje w jego ramach Start Gdynia z sekcją tenisa stołowego, który swoją bazę treningową tworzy w barakach ZBM przy ul. Witomińskiej w Gdyni. Nowo powstała sekcja skupi stopniowo czołówkę gdyńskich zawodników: Józefa Orlikowskiego, Aleksandra Łokcia, Jana Grubę, Waldemara Stępnia, Bogdana Niedziałkowskiego, Stanisława Kleinschmidta, Zenona Rybińskiego, Jerzego i Szymona Pancków. W drugiej połowie lat 50. i w latach 60. stanie się najsilniejsza na Wybrzeżu. Wszechstronnie uzdolnieni Orlikowski i Jerzy Pancek wybiorą potem inne dyscypliny: Orlikowski tenis, a Jerzy Pancek kolarstwo i zostaną w nich reprezentantami Polski. Szczególna rola przypadnie jednak trójce: Gruba, Niedziałkowski Stępień – to oni poprowadzą Start do największych sukcesów. Gruba jest przy tym nie tylko zawodnikiem i trenerem. Od momentu, gdy dołączy do zespołu, trzyma również w ręku wszystkie wątki organizacyjne drużyny, a w bliskiej przyszłości, w roku 1960, zostanie oficjalnie kierownikiem sekcji. Ogniwem, którego zabrakło Stali Gdynia do ogólnopolskiego sukcesu, stanie się stopniowo Bogdan Niedziałkowski. Start wygrywa rozgrywki klasy A i w 1954 rozpoczyna walkę w klasie okręgowej. Beniaminek grając w składzie: Jan Gruba, Zenon Rybiński, Bogdan Niedziałkowski, Józef Orlikowski wygrywa grupę, a w finale( grają dwie grupy), ustępuje tylko Budowlanym Gdańsk. Szesnastoletni Niedziałkowski regularnie punktuje , jest trzeci w rozegranym w styczniu w Gdyni Wojewódzkim Turnieju Klasyfikacyjnym, a WKKF w klasyfikacji generalnej na najlepszego zawodnika okręgu, sporządzonej za rok 1954, ujmuje go również na 3 miejscu.

Gdynia, rok 1951. Widok od strony morza na basen żeglarski im. Gen. Mariusza Zaruskiego. W głębi, po lewej stronie nabrzeża, mieściły się baraki klubów jachtowych. Wśród nich Yacht Klubu Stal. Źródło: pocztówka z 1951 roku, autor nieznany.

Po sezonach 1954 i 1955, Start bierze udział w rozgrywkach o drużynowe mistrzostwo Polski. Jest o krok od awansu do Ligi Tenisa Stołowego, ale przełom nadchodzi dopiero po sezonie 1956. Zespół, podobnie jak w poprzednim roku, zostaje mistrzem okręgu i w styczniu 1957 roku przystępuje do rozgrywek o wejście do I ligi – taką nazwę przyjęto ostatecznie dla najwyższej klasy rozgrywkowej. W składzie: Bogdan Niedziałkowski, Jan Gruba, Waldemar Stępień i Jerzy Kleinschmidt wyjeżdżają na półfinał do Łodzi. Grając rewelacyjnie pokonują zdecydowanie wszystkich rywali: Spartę Starogard 10:0, AZS Łódź 9:1, Kolejarza Bydgoszcz 8:2, Spartę Koszalin 10:0. Pierwsze miejsce otwiera im drogę do finału rozgrywanego 12-13 stycznia w Krakowie. Stopień trudności wzrasta, ale dają radę. Zwyciężają Start Pabianice 6:4, Stal Tarnów 6:4, Spartę Szczecin 7:3, przegrywają z Cracovią Kraków 4:6 i remisują z LZS Chełm Lubelski 5:5. Do I ligi wchodzą: Cracovia Kraków 7 pkt.(29:21) i Start Gdynia 7 pkt (28:22). To pierwszy historyczny awans wybrzeżowego zespołu tenisa stołowego do najwyższej klasy rozgrywkowej. Bogdan Niedziałkowski będzie teraz coraz bardziej czarował swoją grą. Opowiemy o tym w kolejnym odcinku.

Tekst: Zygmunt M. Lisiecki
Źródła:
H. Pestka, Gdyński tenis stołowy 1938 – 2005. Niedokończony i niepublikowany zarys kroniki.
Rozmowa z Bogdanem Niedziałkowskim z dnia 23.06.2024 r.
W. Pięta, Od Alojzego Ehrlicha do Natalii Partyki.
Roczniki Głosu Wybrzeża z lat 1950 – 1957
Roczniki Dziennika Bałtyckiego z lat 1950 – 1957

 

 

więcej

Nadchodzące wydarzenia:

  • wt
    28
    Kwi
    2026
    nie
    10
    Maj
    2026

    Drużynowe Mistrzostwa Świata

    Londyn
  • czw
    07
    Maj
    2026
    nie
    10
    Maj
    2026

    Mistrzostwa Polski Młodzików

    Rzeszów
  • sob
    09
    Maj
    2026
    nie
    10
    Maj
    2026

    9. Grand Prix Polski Masters

    Police